wtorek, 6 marca 2007

Kwiatki sw. Franciszka

Ostatnio uczestniczylam w dyskusji na temat pewnej ksiazki. Nie na reke jest mi nawet wymieniac tytulu tego szmatlawca, bo negatywna reklama to zawsze reklama. Wlasciwie to nie dyskutowalismy tresci tego byle co, poniewaz jego nawet nie przeczytalam. Chodzilo o jedna wielka ideologie i fakt, ze jej nie przeczytalam. Troche mi glupio bylo podczas rozmowy, kiedy znajomy zarzucal mi ignorancje i ciemnote: “Skoro nie przeczytalas tej ksiazki, to dlaczego smiesz mowic cokolwiek na jej temat.” Prawde mowiac, moj rozmowca rowniez nie byl jej sympatykiem. Chcial jednak usilnie mi uswiadomic, ze skoro nie przeczytalam tych banialukow, to nie powinnam sie wypowiadac, a przy okazji triumfowal swoja wygrana. Rozmowa nie mialaby miejsca, i tak chyba byloby najlepiej, bo ten wytarciuch nie jest wart nawet jednej mysli biegnacej w drodze do toalety i z powrotem, gdyby nie fakt, ze ksiazka ta (niedobrze mi nawet sie robi, kiedy ten chlam nazywam ksiazka) lezy na mojej polce wlasnie nieopodal toalety. Zaczelam zastanawiac sie nad zarzutami znajomego. Rzeczywiscie nie czytalam ksiazki, wiec po co w ogole sie odzywam. Wlasciwie po to ja wypozyczylam, zeby pozniej moc odpierac tego typu zarzuty. Jednak nie mialam na tyle sily, zeby sie z nia zmierzyc. Kipialam z obrzydzenia. Przypomnialam sobie wycieczke na wystawe Gunthera von Hagensa pt. “Bodies” (Ciala) do jednego z muzeow w Atlancie. Poczytalam sobie wczesniej na temat jego “sztuki”. Wiedzialam, ze jest kontrowersyjna i mialam juz nawet wyrobione zdanie w na temat tego pozal sie Panie Boze “geniusza”. Niemiec, wnuczek nazisty, odkupuje trupy od zdesperowanych brakiem pieniedzy rodzin, potem preparuje te ciala za pomoca jakiejs nowoczenej metody i pokazuje to swiatu. Coz za fenomen! Ludzie pchaja sie na to drzwiami i oknami. Ja sama wyszlam z zalozenia, jakie niedawno prezentowal moj znajomy, nie krytykuj skoro nie widzialas. Krytykowac latwo, a tworzyc trudno. Wiec poszlam. Malo tego, zabralam ze soba moja szesciomiesieczna corke. Wszyscy witali mnie usmiechem i uznaniem dla wspanialomyslnej i tolerancyjnej matki, ktora dba o edukacje potomka. Zaplacilam, jak tysiace innych, bodaj $20 za to nic nie warte przedstawienie. Amerykanie, narod pragmatyczny, jak juz pisalam wczesniej, odznaczajacy sie niemal germanska precyzja, reklamowali wystawe jako wydarzenie popularnonaukowe. I rzeczywiscie, panie w bialych kitlach raz po raz poprawialy kosciotrupa wiszacego na stryczku, kiedy jakis gap-fajtlapa otarl sie o niego. Z pasja odpowiadaly na prznikliwe pytania zwiedzajcych. Wiedza pana Hagensa na tematy ludzko – fizjologiczne imponowala publice. Jakis starszy Pan nie mogl wyjsc z podziwu i zadowolenia, ze w koncu moze pokazac swoim towarzyszom gdzie przebiegaja jego bypassy. Tlumaczyl z medyczna precyzja laika caly proceder ich zakladania, wlasnie na przykladzie czyjegos spreparowanego serca. Wyczerpana tym natlokiem wrazen, juz nie chce nawet myslec o mojej corce, co zapamietala sobie w podswiadomosci, doszlam do ciala otylej pani pocietej na kawalki. Pan Hagens chcial zapewne przestrzec przed konsekwencjami otylosci na przykladzie jakiegos osobnika z gatunku pod-ludzi, ktory nie potrafil narzucic sobie dyscypliny. Chyba mial na mysli piaty z grzechow glownych. Pamietam moj niesmak i wyrzut sumienia, kiedy juz wyszlam za drzwi ekspozycji. Przechodzac przez sklep wystawy z koszulkami i gadzetami kosciotrupow, wyrzucalam sobie jak to przyziemna ciekawosc przywiodla mnie tutaj. A maz mowil: “Po co bedziesz placic temu draniowi. Przeciez wiesz czego sie spodziwac”. Nie sluchalam. Poped ciekawosci byl silniejszy. Dzisiaj sie wstydze tamtego braku wyczucia i nieumiejetnosci protestu przeciw dranstwu i masowce. Wkurzam sie, ze ten facet zarabia krocie na najnizszych ludzkich popedach. Choc i tak mysle, ze nie to jest dla niego najwazniejsze. Bedac na wystawie czulam sie ponizana. Czulam jego sarkastyczny smiech za plecami: “Tak tak dzieweczko, tym jestes – niczym wiecej jak tylko cielskiem”. Teraz juz wiem, ze pewne smieci nie sa nawet warte zlamanego grosza, a co dopiero deliberowania i dyskusji. Madrosc polega na tym, aby na glupote przymknac oczy i sluch i po prostu nie tykac smierdzacego jajka. A te Mein Kampf, ktora jeszcze lezy na mojej polce, spale po czym oddam bibliotece w zamian “Kwiatki sw. Franciszka”.

Brak komentarzy: