czwartek, 8 lipca 2010
O Miłości
sobota, 17 października 2009
It's Not The Things You Do That Make Me Love You
http://www.youtube.com/watch?v=ewnbH5LoJVg&feature=related
czwartek, 24 września 2009
W co grają ludzie?
Chciałabym podzielić się myślami dotyczącymi ksiażki Erica Berna ”W co grają ludzie” (Games people play), którą miałam okazję przeczytać jakiś czas temu. Spojrzenie Berna na relacje międzyludzkie pomaga mi w rozpoznawaniu i sciąganiu masek, ktore zakładam by chronić moje ego. Berne przedstawia pewne relacje, w których łapiemy się w pułapke gry – świadomie lub podświadomie. Autor mówi o tak zwanej grze o sumiej zerowej, gdzie jeden musi wygrać kosztem drugiego. Mamy więc tutaj do czynienia z wygranym i jego ofiarą. Berne mówi o trzech podstawowych stanach ego: Rodzic, Dziecko i Dorosły. Każda z tych ról niejako przydaje się w życiu codziennym. Rodzic, kiedy uczymy nasze dzieci pewnych zachowań, dziecko kiedy zdobywamy się na odwagę, aby poszaleć do utraty sił i dorosły, kiedy dyskutujemy przeróżne emocjonalne tematy używając komunikatów „ja czuję, że” zamiast „ty mi to zrobileś/aś”. Komplikacje pojawiają się, gdy dochodzi w relacji osób dorosłych do spotkania ról mieszanych, np. rodzic - dziecko a także ról niemieszanych typu dziecko - dziecko. Berne mówi, że najbardziej optymalnym związkiem jest dorosly – dorosly, który pozwala na uświadomienie sobie procesu wchodzenia w rolę. Dystans ten bowiem umożliwia kultywowanie zdrowych relacji z drugim człowiekiem.
Przy okazji rozmowy o książce dyskutowałyśmy z przyjaciółką niepowodzenia i powodzenia zwiazków międzyludzkich: koleżeńskich, przyjacielskich, malżeńskich w kontekście powyższych trzech stanów świadomości. Analizowałysmy te trzy role w nas samych. Zauważyłysmy jak szybko łapiemy sie w pułapke np. gry dorosły – dziecko, gdzie pouczjąc i wymagając, kontrolując, krytykując i odbierając wybór, czy tez przesadnie pomagając i ulegając wchodziłysmy w rolę dorosłego: „Dlaczego ubrałeś/aś te szare skarpetki? Przecież one są wytarte. Nie mogę uwierzyć, że chcialeś/aś w takich pójść na spotkanie? i dziecka: „ale, ale.... ale ja lubię te skarpetki, nie zauważyłem/am, że są wytarte. Dobrze zrobię jak chcesz”. Zwróciłyśmy uwagę jak stwierdzenie zdobywcy: „ja tyle dla Ciebie robię, a ty dla mnie żadnej wdzięczności nie masz” może zniszczyć niejeden związek. Albo męczennika „ja musze wszystko zrobić, a ona/on nic. Siedzi sobie. Nie mam na nic czasu, wieczorem padam, bo on/ona robi sobie to i to, a ja muszę ze wszystkim tak przez cały dzień sam/sama walczyć.” Zauważyłyśmy, że niektóre role stawały sie stylem życia, w którym mozna tkwić jak w pułapce, nie dochodząc do żadnych kontruktywnych doświadczeń radosnego bytowania z drugim człowiekiem. Spostrzegłyśmy jak trudno jest komunikować się na poziomie dorosłego z pelną świadomością własnych uczuć, myśli i zachowań. I to wszystko dlatego, że obawiamy pokazać się z perspektywy człowieka. Po prostu człowieka, istnego człowieka – dobrego i złego zarazem, śmiesznego i poważnego, mądrego i niemądrego, wiedzącego i niewiedzącego. Nagiego, obnarzonego, bez masek i murów wokół siebie. Jak trudno wystawić się, tak bez żadnej tarczy, w kierunku drugiej osoby. Bo strach nie pozwala na przyznanie się do pewnych niedociągnięć, ludzkich naturalnych niedoskonałości, nie pozwala na bycie i tworzenie siebie, nie pozwala na podjęcie ryzyka wystawienia się na śmieszność, ocenę, krytykę lub odrzucenie.
piątek, 14 sierpnia 2009
Rozważania o emocjach
Moja córka przeszła w tym tygodniu do starszej grupy przedszkolnej. Grupa ta uznawana jest już za poważną, w której wykładane będą podstawy arytmetyki, lingwistyki oraz psychologii. Opiekunowie obiecują: “we promise to provide a nurturing, flexible and calm atmosphere where hugs are freely given, self-concept enhanced, self-respect and respect for others is established, independence encouraged and expectations are clear”. Przytulanie i otwarte wyrażanie pozytywnych emocji jest więc na porządku dziennym.
Zatem co to są emocje? Spróbuję odpowiedzieć na pytanie kierując się własnym ich doświadczaniem. Emocje są podstawowym mechanizmem, który umożliwia poruszanie się w rzeczywistości, są drogowskazem w poznawaniu siebie i rozwijaniu samoświadomości – a to wszystko przynosi nam poczucie bezpiecześstwa i kontroli nad własnymi poczynaniami. Są jak woda i pożywienie, które trzymają nas przy życiu i napędzają do działania. Właściwie to nie pamiętam z mojego dzieciństwa takiej szkoły, która uczyłaby mnie na temat emocji – czym są, jak je wyrażać, jaką mają wartość, co z nimi robić kiedy się pojawiają, do czego są potrzebne. O emocjach się nie mówiło i radzić sobie z nimi trzeba było na własną rękę. Pamiętam natomiast że suma kątow trójkąta wynosi 180 stopni i że Reymont napisał „Chłopów”. Rodzice nauczyli mnie na swój własny sposób jak radzić sobie z poszczególnymi uczuciami – jak boli, „no już dobrze dobrze, to nic zaraz przejdzie”, jak jestem podekscytowana, „muszę się trochę uspokoić i pozbierać”, jak zakochana to też „jakiś wymysł wieku nastoletniego”, jak radosna „no to fajnie”. Słyszałam też podejście typu (to już nie od moich rodzicow :-)) „no i z czego się tak cieszysz”, wypowiadane z pogardą. Emocje są trochę pomijane, traktowane po macoszemu, bo właściwie to co się liczy, bo jest namacalne, łatwe do sklasyfikowania i osądzenia to zachowanie, czyli reakcja na te uczucia. Uczucia mogą żenowac, związane są bowiem ze sferą naszej intymności, której chronimy albo którą ignorujemy z różnych powodów. Mogą być dla niektórych oznaką slabości, ponieważ silny czlowiek nie pokazuje co czuje, znaczy to gra w gry., itd, itd. Uczucia są zintelektualizowane, przekazywane w racjonalny sposób, podczas gdy nie mają one absolutnie żadnego intelektualnego znaczenia. Uczucia mają być doświadczane, akceptowane i wyrażane, a nie analizowane.
Wreszcie emocje nie są dobre ani złe, to znaczy, nie czynią mnie dobrym lub złym czlowiekiem, silnym lub słabym, one po prostu są (z wielu powodow u homo sapiens). Emocje i intelekt to dwie odrębne sprawy i wysiłki, aby zinterpretować czy analizować intelektualne znacznie emocji jest bezsensowne. Jeżeli czuję wstyd nie znaczy to, że powinnam się siebie wstydzić. Emocje nie zawsze są odzwierciedleniem rzeczywistości, ale zawsze są prawdziwe, nie można bowiem powiedzieć sobie: „jestem zdenerwowana, pewnie wymyślam sobie, że jestem zdenerwowana”. To że jestem zdenerwowana jest faktem, natomiast to że może nie być ku temu powodów, to inna sprawa. Akceptacja i doświadczanie uczuć to akceptacja i doświadczania siebie - tym kim jestem. Akceptacja, doświadczanie i świadomość uczuć pozytywnych, takich jak radość, milość, zadowolenie, bez intelektualnej ich analizy pomagają mi istnieć w danej chwili, być obecną; natomiast akceptacja, doświadczanie i świadomość uczuć negatywnych, takich jak zlość, zazdrość, poczucie winy może powstrzymać mnie od spotęgowania sytuacji; mogą też przypomnieć mi, że jestem czlowiekiem – mam takie a nie inne uczucia i to jest w porządku, bez generowania niepotrzebnego poczucia winy czy niepożądanej reakcji. Blokada uczuć spowodowana strachem ich doświadczania powoduje, że czuję się zniewolona, zamknięta w pułapce nieświadomości i lęku. Ja traktuję to jak czerwone światło, które sygnalizuje mi, że powinnam się pozbierać i wyzdrowieć, bo może to doprowadzić do niezdrowych sytuacji.
Bardzo ważne jest, aby nauczyć się radzenia z uczuciami. Z emocjami jest jak z oddychaniem: wdychamy je i dlatego musimy je wydychać. Wyborazmy sobie beczkę z wodą, która jest już pełna, a my wciąż próbujemy ją przykryć wiekiem mając nadzieję, że uporamy się z nadmiarem wody. Niestety beczka nie wytrzymuje cisnienia i woda wycieka bokami. Z uczuciami jest tak, że mogż wyciekać w najmniej odpowiednim momencie i w najmniej pożądany sposób. Najlepszym sposobem dla mnie na wydychanie jest szczera rozmowa z innym czlowiekiem, który akceptuje mnie taką jaką jestem. Ta nieosądzająca atmosfera dyskusji powoduje, że czuję się komfortowo z moim uczuciami, które wypowiadane gdzieś uchodzą, lagodnieją, rozpraszają się i motywują do działania.
Mam również sposób na nietworzenie negatywnych emocji poprzez sposób myślenia. Siła myśli jest ogromna. Sama świadomość i kontrola myśli, samo wypowiadanie pewnych słów może wpłynąc na moje uczucia i uczucia innych. Kiedy używam pesymistycznych słów zachowuję się w ten sposób, i odwrotnie, kiedy używam konstruktywnych słów, wypełnionych radościa czuję się dobrze, oddycham i Ci wokól mnie też są zadowoleni. To jest genialny mechaniz, według którego staram sie BYĆ.
środa, 29 lipca 2009
Wolna jak człowiek
A co to znaczy być wolnym jak człowiek?
czwartek, 23 lipca 2009
Jak boli...
Nie czuję spokoju, kiedy jestem zdenerwowana, smutna, rozczarowana. Ale jako że jestem czlowiekiem czasami się w ten sposób czuję i to jest w porządku. Ból jest cześcią życia, cześcią mnie i ja to akceptuję. Ból może mi wiele powiedzieć, na przyklad, że muszę o siebie zadbać. Ból, czy to w postaci rozczarowania, samotności, czy smutku zbliża mnie do mojej siły wyższej. Do tej , która mówi, że bezwzględnie mnie kocha: kiedy jestem wściekła, kiedy kogoś zranię, kiedy ktoś zrani mnie, kiedy czuję się samotna. Ból zbliża mnie także do innych ludzi i uczy współczucia. Jeżeli złamię nogę, noga mnie boli, a ja sama próbuję tę nogę zalatać, obandażować i wyleczyć. Skutek tego może być marny. Noga puchnie jeszcze bardziej i bardziej i boli mocniej i mocniej. Dlatego w tej sytuacji musze iść do lekarza, zadbać o siebie. Lekarz powie mi jak mam się nogą opiekować, pomoże mi. Kiedy cierpię, zdobywam się na to (choć jest to trudne, bo mam tendencje do izolowania się), aby komuś o moim bólu powiedzieć. Za każdym razem jak dzielę się moim bólem z innym człowiekiem, ten ktoś pojawia się w moim życiu, aby przypomnieć mi, że on/ona też jest człowiekiem i cierpi - i to daje mi poczucie, że nie jestem sama.
środa, 15 lipca 2009
Fałszywa duma i niepożądany lęk
Zatem pierwszym krokiem do wolności jest chęć wydostania się ze skorupy. Muszę chcieć czuć sie lepiej, żeby poczuć sie lepiej. Muszę chcieć przedzierać się przez trudności, żeby poczuć sie lepiej.
Drugim krokiem jest akceptacja faktu, że wrogowie istnieją, co nie czyni nas gorszymi lub lepszymi – szczerość z własnym sobą. Wrogowie po prostu są w każdym z nas w mniejszym lub wiekszym stopniu. Pomaga mi w tym swiadomość pewnej umysłowej dynamiki, a mainowicie siły myśli. Myślimy na okrągło, wlaściwie to mogę prównać myśl do oddychania. Myśli kłebią się, nurtują, pomagają albo osłabiają. Staram się zawsze pamiętać, że myślę, bo łatwo zapomnieć o tym procesie. Myśli mogą przedzierać się nieświadomie i niekontrolowane mogą przysporzyć mi wiele przykrych chwil, które spowodowane są nieprzyjemnymi emocjami. Na przyklad, jak mogę poczuć się radosna bez radosnych myśli – to jest niemożliwe. Albo jak mogę poczuć się zazdrosna bez myśli o zazdrości. Myślą i zachowaniem mogę kierować i to one są pod moją kontrolą, z emocjami jest już gorzej - one po prostu istnieją, są rezultatem moich myśli. A więc zamiast powiedzieć: "to nie jest tego warte, ja wiem lepiej" mówię: "tak, pomyślę o tym, może to fałszywa duma lub lęk powstrzymują mnie od spojrzenia na tę sytuację, co może mnie powstrzymać w poznaniu mojego wolnego Ja".
niedziela, 28 czerwca 2009
Wczoraj narzekalam....
Zazwyczaj daję sobie 10 minut (jeśli nie znajdę konstruktywnych i rzeczywistych powodów mojego negatywnego nastawienia), na narzekanie, zamatrwianie sie, użalanie się nad sobą i światem wokół. Wtedy to odgrywam tę smutną płytę i użalam się nad niesprawiedliwością losu. Jestem przecież człowiekiem, homo sapiens, który czuje, je, pije i śpi. Po dziesięciu minutach, z zegarkiem w ręku, próbuje skoncentrować się na pozytywnej stronie sytuacji. Generuję przyjemne, dobre, budujące myśli. I jako człowiek wiem, że mam wybór. Mogę karmić psa pozytywnego lub negatywnego. To ode mnie zależy, który dostanie więcej jadła. I fajnie mi z tą myślą, że mogę narzekać kiedy chcę, ale tylko przez 10 minut, nie więcej.
poniedziałek, 22 czerwca 2009
Moje myśli, emocje i czyny
Moje myśli były dzisiaj nieco rozproszone. Nie wiedziałam za co się wziąć; czy lepiej będzie jeśli wpierw zrobię to, a dopiero pózniej tamto? Ciekawe czy to się spodoba bliskiej mi osobie czy też nie? Ciekawe co owa osoba zrobi i co pomyśli? Co zrobić, aby zdobyć jej uznanie? Co począć, aby była zadowolona ? Jakich forteli użyć, aby się zmieniła? Po jaką książkę sięgnąć, żeby była taką jaką ja bym chciała ją widzieć? Jeśli pojawi się jakiś problem, co zrobię w tej sytuacji, aby ją zmienić? I tak dookola. Złapałam się w pułapkę pragnienia kontroli innych osób i zdarzeń. I tutaj jestem skazana na porażkę. Skazana na porażkę zawsze, bo nie mogę przecież torować czyichś myśli i zachowań. Nie mam na tyle mocy w sobie. Jedyną osobą jaką mogę odkrywać, rozwijać i zmieniać to ja sama. W MOIM przypadku przynajmniej wiem na pewno, że nie tracę energii, tylko ją pożytkuję. Moje myśli, emocje i działania nie mogą zmienić innych osób lub pewnych sytaucji, JA mogę zmienić tylko siebie i moją percepcję sytuacji. Chciałam napisać tych kilka zdań, bo czasami o nich zapominam. I stąd moje frustracje, nieudane dzionki z rozproszeniem i niezadowoleniem na czele. Dlatego więc teraz, po południu zaczynam nowy dzień:
- i skupiam sie na sobie i MOICH zadaniach, kategoryzując je od najważnijeszych do mniej ważnych, pamietając, że jutro też jest dzień kiedy mogę kontynuować,
- zapamiętuję, że jestem ważna i inni także,
- zapamiętuję, że nigdy nie jest za pózno, aby zacząć nowy dzień.
Powyższe punkty to jedyne aspekty, które JA mogę kontrolować.
wtorek, 14 kwietnia 2009
Ja mam prawo się bać, bo jestem sobą....
Jestem sobą. Na całym świecie nie ma nikogo, kto byłby dokładnie taki sam jak ja. Zdarzają się ludzie, którzy są częściowo do mnie podobni, lecz w sumie nikt nie jest taki, jak ja. Dlatego też, cokolwiek robię, jest autentycznie moje, ponieważ ja sama decyduję się na to. Do mnie należy wszystko, co jest mną – moje ciało, włączając jego funkcje; mój umysł i wszystkie myśli i pomysły; moje oczy oraz wszystko, co widzę; moje uczucia, bez względu na to, czy to gniew, radość, zdenerwowanie, miłość, rozczarowanie czy entuzjazm; moje usta i wszystkie słowa, jakie z nich wychodzą – uprzejme, słodkie, ale tez gburowate, wulgarne, właściwe i niewłaściwe; mój głos, głośny czy ściszony; wszystkie moje uczynki wreszcie, czy względem innych, czy względem siebie samej. Należą do mnie wszystkie moje wyobrażenia i nadzieje, marzenia i obawy. Należą do mnie moje osiągnięcia i sukcesy, moje niepowodzenia i błędy. Ponieważ należę cała do siebie, mogę się gruntownie poznać. Jeśli tak uczynię, pokocham się i zaprzyjaźnię z każdą cząstką mnie, a dzięki temu cała będę mogła działać w swym najlepszym interesie. Oczywiście, są we mnie rzeczy, które wprawiają mnie w zakłopotanie; są i takie, których jeszcze o sobie nie wiem. Dopóki jednak odnoszę się do siebie z przyjaźnią i miłością, mogę odważnie i z ufnością szukać dróg wyjścia z zakłopotania i sposobów, by poznać się lepiej. Bez względu na to jak wyglądam i brzmię, cokolwiek mówię i robię, cokolwiek myślę i czuję w danej chwili, wszystko jest mną, czymś autentycznym, co wskazuje, gdzie znajduję się w danym momencie. Później, gdy będę przeglądać w myśli, jak wyglądałam i brzmiałam, co mówiłam i robiłam, co myślałam i czułam, może się okazać, że niektóre fragmenty nie pasują do całości. Mogę je odrzucić i zatrzymać wyłącznie te, które są odpowiednie. Mogę też wymyślić coś nowego, by zastąpić to, co odrzuciłam. Widzę, słyszę, czuję, myślę i wiele potrafię. Mam wszystko, co potrzebne, by przeżyć, by być blisko z innymi, tworzyć, znajdować sens i ład w świecie ludzi i spraw obok mnie. Należę do siebie, a więc mogę się przeprojektowywać do woli. Jestem wystarczająco dobra, bo chcę otwarcie być sobą. Jestem sobą. Jestem jak najbardziej w porządku.
wtorek, 17 marca 2009
Że życie ma sens....
W odpowiedzi na wpis do bloga: paluchy.com
Myślę, że to jest dobry czas, by wrócić na łamy mojego bloga. W czasie kryzysu światowej ekonomii myślę sobie miedzy innymi o mojej córce. Wiecznie zadaje pytania, zwłaszcza jedno: Co to jest ? Mały egzystencjalista. Pózniej słucha odpowiedzi na pytanie z otwartymi ustami, wytrzeszczając rekinie zęby. Widze iskrę w jej oku i to zdziwienie. Zdziwienie mnie najbardziej urzeka. Ona jest po prostu kochająca, szczera, zdziwiona. Mały człowiek, istny człowiek. Ona po prostu jest. Zainteresowana życiem. Idzie z prądem, nie zważa na krytykę ani pochwalę, nie kontroluje, a jeśli już, to tylko wtedy gdy ktoś oscyluje zbyt blisko jej osobistej przestrzeni, oraz traktuje uczucia jak wodę, sen, pożywienie i powietrze, które po prostu są potrzebne do życia homo sapiens, istnemu człowiekowi. Wdycha je i wydycha lekko i szczerze. Nie zawsze odpowiednio, czasami przez krzyk i tupanie nogami, ale umiejętność właściwego uzewnętrzniania uczuć wypracuje sobie pózniej. Myślę teraz o sobie. Jest mi dzisiaj smutno, obawiam się zmiany i irytuje mnie, że muszę coś zmienić. Bo nieziemsko nie lubię tego robić. Zbija mnie to totalnie z tropu, wprowadza uczucie niepewności i strachu. Próbuję więc wziąć w objęcia mój strach i zdenerwowanie. Jestem jak moja córka - krucha, wrażliwa - pozwoliłam sobie na to, aby moi bliscy wspierali mnie w tym czasie. Mówię o moich uczuciach i o nich piszę, pomimo że nie zawsze są one faktami, ale przecież istnieją i coż mogę z nimi zrobić. One po prostu są, z mojego tytułu bycia człowiekiem. I myślę sobie, że wdzięczna jestem za mój smutek dzisiaj i strach i złość, bo to one przypominają mi o mojej duszy, którą nie zawsze zauważam. Nie potrzebna mi jest przecież kiedy myję naczynia albo kupuję ładna sukienkę na sylwestra. A właśnie teraz mogę być blisko niej. Właśnie teraz jej potrzebuję. Chcę akceptować moje uczucia i nie tlumaczyć ich, nie odsuwać. Wybieram stawić im czoła, pomimo że się boje, bo boli i uwiera. Ale im wcześniej przez nie przebrnę, tym szybciej stanę na nogi. I jeszcze to, że nie jestem przecież sama. Smutek, strach, niepewność, zlość to emocje, które mamy my wszyscy na ziemi. Istni ludzie. To wszystko ma sens.
niedziela, 8 czerwca 2008
Czy dojdzie do zamachu na zycie Baracka Obamy?
Kiedy przyjechalam do US, martwilam sie tylko o jedno. Jak sie zaadaptuje do nowych warunkow i jak spoleczenstwo zaadaptuje mnie. Bylam niesprawna jezykowo humanistka, ktora o komputerach wiedziala tyle co kot naplakal. A szkoda, bo ta wiedza moglaby dac mi niezle miejsce w spolecznstwie. Zastanawialam sie po co ja tu przyjechalam, gdzie licho mnie ponioslo. Moglam zostac w przytulnej Polsce, blisko mamy, taty, przyjaciol. Jednak na moje pocieszenie pewnego razu uslyszalam: Wkrotce spostrzezesz swoja przewage. Przewage nad rdzennymi Amerykanami. Wyrozniasz sie jedna bardzo wazna cecha - jestes biala. I rzeczywiscie, osiedlilam sie w przytulnej dzielnicy, wsrod amerykanskiej klasy sredniej, pomiedzy posiadaczami domow, dwoch garazy, dwoch samochodow, gromady dzieci, dwoch psow i bialych skor. I w koncu zauwazylam, ze moje getto wyglada zupelnie inaczej niz getto moich czranoskorych bliznich-Amerykanow, rownych obywateli, ktorych dziadkowie chowali sie za szkole, zeby rodzice obydwu grup nie widzieli ze graja razem z bialymi w pilke. Dzisiaj grajacych miedzy zapadajacymi sie ruinami, wsrod oparow marihuany, sluchajacych rapu i wciaz majacych przeswiadczenie o tym, ze sa potomkami niewolnikow. Tego pietna nie moga sie pozbyc. Pokladaja nadzieje w Obamie, ale boja sie wierzyc do konca, bo znowu moze przyjsc rozczarowanie. Strach pozostal. Strach i pogarda dla klasy rzadzacej. Oni wierza w zwyciestwo, ale z dusza na ramieniu. Wczoraj uslyszalam od mojej czrnoskorej kolezanki: wiesz, nie bedzie tak rozowo jak nam sie wydaje. Rasizm to power. Obama zostanie zalatwiony.
środa, 14 marca 2007
Misja
Wyobrazam sobie teraz ulanow krolewskich. Tych od krola Poniatowskiego. Dumni, wspaniali, dostojni. Odziani w kurtki z wylogami, rogatywki, spodnie z lampasami. Uzbrojeni w lance, pistolety oraz szable. Boze, jak to meznie brzmi. A ile szacunku mam do nich. A jak ich podziwiam. A jak bezpiecznie sie przy nich czuje. Za mundurem panny sznurem. Kilka dni temu odwozilam moja mame na lotnisko. Tu i owdzie krecili sie amerykanscy zolnierze. Przecietna wieku na moje oko: 18-30 lat. Z ciezkimi plecakami na barach. W jasnych piaskowych mundurach – moj tato ma podobny, kiedy wybiera sie na ryby. Niemal w pelnym rynsztunku bojowym. Wymeczeni, rozlozeni byle gdzie, na podlodze z tobolkiem pod glowa, odsypiali nieprzespane godziny. Co jakis czas ktos z personelu lufthansy albo lotniska wrzeszczal: Hej lieutenant, prosze sie przesunac. Za chwile beda tutaj przechodzili nasi pasazerowie. A oni potulnie wstawali, jeszcze w swiecie swych snow, podzwigali tobolki na plecy i przemieszczali sie troche dalej. Zeby nie przeszkadzac, nie psuc wizerunku firmy. Jedna uprzywilejowana mama przejechala nawet takiemu wojakowi wozkiem po nogach. Ten zbyt zmeczony fizycznie i wyczerpany psychicznie nic nie poczul, nie zareagowal. W koncu jest tylko zoldakiem, ktory zostawil swoja rodzine: moze nawet kilkumiesieczne dziecie podobne do tego, ktore jak krolewicz jechalo teraz w tym wozku, zone, matke, ojca i wybral sie wojowac. Bronic inne matki, inne dzieci, innych ojcow, zabijac, a pozniej krzyczec w nocy i adaptowac sie do normalnego swiata. I szukac sensu tego wyczerpania, poswiecenia i niezrozumialej misji.
poniedziałek, 12 marca 2007
List do emigranta
W dzień końca świata
Pszczoła krąży nad kwiatem nasturcji,
Rybak naprawia błyszczącą sieć.
Skaczą w morzu wesołe delfiny,
Młode wróble czepiają się rynny
I wąż ma złotą skórę, jak powinien mieć.
W dzień końca świata
Kobiety idą polem pod parasolkami,
Pijak zasypia na brzegu trawnika,
Nawołują na ulicy sprzedawcy warzywa
I łódka z żółtym żaglem do wyspy podpływa,
Dźwięk skrzypiec w powietrzu trwa
I noc gwiaździstą odmyka.
A którzy czekali błyskawic i gromów,
Są zawiedzeni.
A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,
Nie wierzą, że staje się już.
Dopóki słońce i księżyc są w górze,
Dopóki trzmiel nawiedza różę,
Dopóki dzieci różowe się rodzą,
Nikt nie wierzy, że staje się już.
Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,
Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,
Powiada przewiązując pomidory:
Innego końca świata nie będzie,
Innego końca świata nie będzie.
Ja chcialabym, aby nastapil nie tylko moj koniec swiata, ale i koniec swiata calego swiata. Aby samochody nie sunely juz po autostradach, ekspedienci w supermarketach nie obslugiwali klientow, fryzjerzy nie ukladali fryzur, psiaki nie biegaly po trawnikach, sportowcy nie uczestniczyli w olimpiadach, rodziny nie wyjezdzaly na wakacje. No ale coz, ja urodziny juz mialam. I moglam wczesniej myslec o moich zachciankach. Teraz zblizaja sie urodziny mojej kuzynki. Zastanawiam sie jakie zyczenie ona moglaby miec. Zwazywszy na jej charyzmatycznego i patriotycznego ducha, chcialaby zapewne, abym przypomniala emigrantom o zyciu, o Polsce, o szarym dzionku. Emigranci – nie lekcewazmy tesknoty. Ostatecznie co ze wszystkiego zostaje, to tylko tesknota (i zmeczenie) jak mawial Mrozek. Cytuje jej list:
Urocza Kuzyneczko !!!!
Pytasz ile chemii mam jeszcze do wziecia. Nie wiem, bo nie moglam nigdy zastac ordynatora, ale bez wzgledu na ilosc jakos musze to przetrwac. No, ale nie rozprawiajmy juz o chorobie tylko o jakichs wazniejszych rzeczach. Co do naszego przyjazdu do US i tak nie przybylibysmy z Yarisem, bo traktowanie psów podczas lotu nie jest najlepsze, a Yaris jest z nami bardzo zzyty. Nie wyobrazam sobie jego siedzacego gdzies w klaustrofobicznej klatce pod pokladem samolotu. No, a teraz z innej beczki, chcialabym ci przytoczyc slowa piosenki zespolu IRA , która moglaby byc o tobie, a jest o mnie:
" Moglbym byc teraz w USA
w pocie czola zbijac gruby szmal
móglbym pic piwo i palic skrety,
ale nie nie nie nie uciekne stad
Mój dom to te szare ulice
Mój dom to kolejka po prace
Mój dom to ci smutni ludzie
Mój dom to ja i ty"
To jest wlasnie moja Polska - ciezko jest tu zyc, ale jestem u siebie. Wiem o czym mówia drzewa, drogi, psy i koty, bo mówia moim jezykiem i oddychaja polskim powietrzem, które jest troche bardziej swieze od amerykanskiego. Ha..ha.. Czasami mysle o tobie i troche ci wspólczuje. Jestes jakby zawieszona w prózni - zyjesz tam, ale mysle, ze nie czujesz tego swiata i tak naprawde jestes samotna. Wiem, ze USA to kraj wielkich mozliwosci, kariery i pieniedzy, ale czy to w zyciu jest najwazniejsze? Przeciez mozemy umrzec juz jutro i pozniej zalowac tych straconych emocji zwiazanych z byciem u siebie. W zwiazku z tym , ze dlugo nie bedziemy sie widziec, moglibyscie przyslac nam jakies zdjecia. Moze zdjecia waszego domu, pieska, bo jesli urwie nam sie kontakt, to bedzie bardzo przykro. Szkoda ze mieszkasz tak daleko, gdyby to byla Europa, to przyjechalibysmy, a tak to d..a!!!! W sobote byla u nas Klodawa i Lubsko. Bardzo podobalo im sie nasze mieszkanie. Pan Wiesiek byl po prostu zaskoczony róznymi pomyslami. Poza tym moi rodzice mieli 35. rocznice slubu i kupilismy im satynowa posciel z haftowanymi stokrotkami z napisem kocha.... nie kocha.... kocha....... Cioci Miruni kupilismy srebrna satynowa posciel i bardzo sie cieszyla. No dobra, koncze to gderanie. Powodzenia, zdrowia i usmiechów. Bede do was czesto pisac, nalezy wam sie, w koncu jestescie tam sami. Bedziecie miec mnie jeszcze dosyc, ale… zycie jest ciezkie.
pa!!!!
Kocham was
Nie chudnij, a ty nie tyj (Do Daniela)!!!!!!!!
Ania
Ania odeszla kilka miesiecy temu. A ja wciaz podziwiam wschody slonca, zakochane pary w parku, czerwone Ferrari, w ktorym wydaje mi sie, ze byloby mi jak w rakiecie, stopenki Klary i jej jazzmanskie zakusy. Mam jednak nadzieje, ze kiedy odejde caly swiat pojdzie wraz ze mna.
P.S. Ania byla filologiem angielskim. Jako nauczycielka pielegnowala kwiat polskiej mlodziezy. Przez ponad 10 lat toczyla batalie z rakiem. Zatem zna zycie od podszewki.
wtorek, 6 marca 2007
Kwiatki sw. Franciszka
Ostatnio uczestniczylam w dyskusji na temat pewnej ksiazki. Nie na reke jest mi nawet wymieniac tytulu tego szmatlawca, bo negatywna reklama to zawsze reklama. Wlasciwie to nie dyskutowalismy tresci tego byle co, poniewaz jego nawet nie przeczytalam. Chodzilo o jedna wielka ideologie i fakt, ze jej nie przeczytalam. Troche mi glupio bylo podczas rozmowy, kiedy znajomy zarzucal mi ignorancje i ciemnote: “Skoro nie przeczytalas tej ksiazki, to dlaczego smiesz mowic cokolwiek na jej temat.” Prawde mowiac, moj rozmowca rowniez nie byl jej sympatykiem. Chcial jednak usilnie mi uswiadomic, ze skoro nie przeczytalam tych banialukow, to nie powinnam sie wypowiadac, a przy okazji triumfowal swoja wygrana. Rozmowa nie mialaby miejsca, i tak chyba byloby najlepiej, bo ten wytarciuch nie jest wart nawet jednej mysli biegnacej w drodze do toalety i z powrotem, gdyby nie fakt, ze ksiazka ta (niedobrze mi nawet sie robi, kiedy ten chlam nazywam ksiazka) lezy na mojej polce wlasnie nieopodal toalety. Zaczelam zastanawiac sie nad zarzutami znajomego. Rzeczywiscie nie czytalam ksiazki, wiec po co w ogole sie odzywam. Wlasciwie po to ja wypozyczylam, zeby pozniej moc odpierac tego typu zarzuty. Jednak nie mialam na tyle sily, zeby sie z nia zmierzyc. Kipialam z obrzydzenia. Przypomnialam sobie wycieczke na wystawe Gunthera von Hagensa pt. “Bodies” (Ciala) do jednego z muzeow w Atlancie. Poczytalam sobie wczesniej na temat jego “sztuki”. Wiedzialam, ze jest kontrowersyjna i mialam juz nawet wyrobione zdanie w na temat tego pozal sie Panie Boze “geniusza”. Niemiec, wnuczek nazisty, odkupuje trupy od zdesperowanych brakiem pieniedzy rodzin, potem preparuje te ciala za pomoca jakiejs nowoczenej metody i pokazuje to swiatu. Coz za fenomen! Ludzie pchaja sie na to drzwiami i oknami. Ja sama wyszlam z zalozenia, jakie niedawno prezentowal moj znajomy, nie krytykuj skoro nie widzialas. Krytykowac latwo, a tworzyc trudno. Wiec poszlam. Malo tego, zabralam ze soba moja szesciomiesieczna corke. Wszyscy witali mnie usmiechem i uznaniem dla wspanialomyslnej i tolerancyjnej matki, ktora dba o edukacje potomka. Zaplacilam, jak tysiace innych, bodaj $20 za to nic nie warte przedstawienie. Amerykanie, narod pragmatyczny, jak juz pisalam wczesniej, odznaczajacy sie niemal germanska precyzja, reklamowali wystawe jako wydarzenie popularnonaukowe. I rzeczywiscie, panie w bialych kitlach raz po raz poprawialy kosciotrupa wiszacego na stryczku, kiedy jakis gap-fajtlapa otarl sie o niego. Z pasja odpowiadaly na prznikliwe pytania zwiedzajcych. Wiedza pana Hagensa na tematy ludzko – fizjologiczne imponowala publice. Jakis starszy Pan nie mogl wyjsc z podziwu i zadowolenia, ze w koncu moze pokazac swoim towarzyszom gdzie przebiegaja jego bypassy. Tlumaczyl z medyczna precyzja laika caly proceder ich zakladania, wlasnie na przykladzie czyjegos spreparowanego serca. Wyczerpana tym natlokiem wrazen, juz nie chce nawet myslec o mojej corce, co zapamietala sobie w podswiadomosci, doszlam do ciala otylej pani pocietej na kawalki. Pan Hagens chcial zapewne przestrzec przed konsekwencjami otylosci na przykladzie jakiegos osobnika z gatunku pod-ludzi, ktory nie potrafil narzucic sobie dyscypliny. Chyba mial na mysli piaty z grzechow glownych. Pamietam moj niesmak i wyrzut sumienia, kiedy juz wyszlam za drzwi ekspozycji. Przechodzac przez sklep wystawy z koszulkami i gadzetami kosciotrupow, wyrzucalam sobie jak to przyziemna ciekawosc przywiodla mnie tutaj. A maz mowil: “Po co bedziesz placic temu draniowi. Przeciez wiesz czego sie spodziwac”. Nie sluchalam. Poped ciekawosci byl silniejszy. Dzisiaj sie wstydze tamtego braku wyczucia i nieumiejetnosci protestu przeciw dranstwu i masowce. Wkurzam sie, ze ten facet zarabia krocie na najnizszych ludzkich popedach. Choc i tak mysle, ze nie to jest dla niego najwazniejsze. Bedac na wystawie czulam sie ponizana. Czulam jego sarkastyczny smiech za plecami: “Tak tak dzieweczko, tym jestes – niczym wiecej jak tylko cielskiem”. Teraz juz wiem, ze pewne smieci nie sa nawet warte zlamanego grosza, a co dopiero deliberowania i dyskusji. Madrosc polega na tym, aby na glupote przymknac oczy i sluch i po prostu nie tykac smierdzacego jajka. A te Mein Kampf, ktora jeszcze lezy na mojej polce, spale po czym oddam bibliotece w zamian “Kwiatki sw. Franciszka”.
poniedziałek, 5 marca 2007
Kompleks Marksa-Engelsa i liberum veto, czyli polska asertywnosc
Asertywnosc. Slowo klucz podczas rozomow o prace, drogowskaz, pilot otwierajacy wszystkie bramy. Jednak, jak to mowia, co kraj to obyczaj. Inna kultura, rozne definicje, odmienne podejscie do sprawy. Kilka lat temu pracowalam w Gazecie W. Budujace doswiadczenie zawodowe. Dziennikarski swiatek samotnikow, uparciuchow, zagorzalcow, inteligentow i bystrzakow. Asertywnosc moi koledzy mieli opanowana do perfekcji. Jezeli chodzi o mnie, to jak sie dowiedzialam, bylo troche gorzej. Kiedys zastepca szefa gazety poprosil mnie, abym zostala troche dluzej w redakcji, a bylam juz chyba po dziesieciogodzinnym kieracie. Chcial, abym pomogla grupie zamknac numer. Choc slanialam sie na nogach – tego dnia musialam latac po calym miescie szukajac niedoszlego samobojcy i swiadkow, ktorzy widzieli jego wieszajacego sie na osiedlowym drzewie – z miejsca sie zgodzilam. Chcialam wlozyc cos do firmy i podtrzymac kolegow, skoro potrzebowali mojej pomocy. Przeciez bylam czlonkiem druzyny. I co uslyszalam od szefostwa: "Oj Asia, Asia, jestes na bakier z asertwnoscia. Zeby znaczyc cos w swiecie, musisz nauczyc sie mowic nie". Jasna cholera. To ja chce im pomoc, czuc sie jak w teamie, a oni maja juz gotowa diagnoze osobowosci – brak asertywosci. Wlasciwie to podcinaja skrzydla juz na samym poczatku kariery, bo jak byc dzienikarzem i nie byc asertywnym. To jak oksymoron, antyteza, krzepnacy ogien. Gdybym byla prawdziwym polskim dziennikarzem, odpowiedzialaby mojemu szefowi: a pocaluj Ty sie w d… Bo polscy dziennikarze grzesza inteligencja, bystroscia umyslu, nonkonformizmem i nieelegancja. Czy jednak tylko polscy dziennikarze? Czy to taka nasza polska natura przekazywana w genach? Jak szef mowi, to to znaczy tyle co rowerzysta na autostradzie. A Amerykanie caly czas wpajaja mi do glowy te swoje banialuki o pracy w zgranym teamie z bossem na czele – team work, team player, contribute to the team. Z tamtych dni w redakcji zapamietalam sobie, ze dobry dziennikarz-pracownik powinien odznaczac sie przede wszystkim dociekliwoscia, indywidualizmem, arogancja i asertywnoscia w polskim znaczeniu – wladza to tyle co nic, zawsze sprzeciwiaj sie przelozonemu, nie pozwol sobie napluc w kasze. Tak mi wbili do glowy te polska asertywnosc, ze nie moge sie jej teraz pozbyc. Ciarki mi przechodza, kiedy slysze, o tym amerykanskim zjednoczeniu: ze one nation under one god, ze united states of America, ze I'm a uniter, not a divider (G.W. Bush). Zle skojarzenia mam. Komunistyczne. Gdybym sie tutaj zachowala jak w owych czasach w redakcji GW, pewnie dostalabym jakis bonus na koniec roku, a juz na pewno pochwale od menadzera za being passionate and hardworking. Moze dlatego maja co maja, bo potrafia sie wziac do kupy i spojrzec realniej na zagadnienie asertywnosci. Jednak nie ma sie co oszukiwac - im jest latwiej. Nie dziwgaja na swoich barach tyle bagazu, co my Polacy: kompleksu Marksa i Engelsa oraz… szlacheckiej spuscizny: Przodkowie moi byli polska szlachta. Po nich zostaly mi moje instynkty, miedzy nimi: moze i liberum veto. - Fryderyk Nietzsche
środa, 28 lutego 2007
Autostrada do...
Zastanawiam sie nad moim poczuciem patrioryzmu. Przyjechalam do USA prawie 5 lat temu. I wtedy nekaly mnie wszystkie zaburzenia emigranta: poczucie winy, nostalgia, sny o ojczyznie. Zaczelam nawet czytac Mickiewicza i Slowackiego. Jakze ich wtedy rozumialam… Kilka dni temu wybralismy sie z rodzina na weekendowa przejazdzke nad Zatoke Meksykanska. Wyjazd wczesnym rankiem, podziwianie wschodu slonca, kanapki jedzone w samochodzie albo na lesistych parkingach. Zawsze przy takim siedmiogodzinnym relaksie w samochodzie wyskakuje pewien temat, ktorego nigdy nie tykamy podczas codziennej egzystencji. Przemierzajac wilopasmowe i gladkie jak stol amerykanskie autostrady, rozmawiamy o Stanach jako o krainie wiecznej szczesliwosci. Rozluznieni spogladamy na Polske oczyma turysty. Krotko mowiac, jezdzimy po Polsce jak po lysym koniu. Najwiecej dostaje sie niegramotnym braciom nacjonalistom Kaczynskim, robokopowi Giertychowi I doctorowi honoriscause radzieckich uniwersytetow Lepperowi. Cala czworca, albo jak kto woli trocja swieta, (bracia to przeciez dwa w jednym) nie ma ani chwili oddechu, kiedy suniemy na sloneczna Floryde. Wytykamy bledy ekipy rzadzacej nie tylko na szczeblu narodowym, obmyslamy plany rewitalizacji miast, z ktorych pochodzimy, wirtualnie implementujemy pomysly na rozwoj spoleczenstwa. Denerwujemy sie na nagonke medialna – propagande wypedzenia mlodych, witalnych, inteligentych ludzi z kraju. Co jakis czas ktores z nas wtraci: zobacz jak tutaj sie jezdzi – kierownicy nie musisz trzymac, samochod sam ciebie niesie w przyszlosc, przed siebie. A u nas, zawsze jakas dziura, koleina, przeszkoda; trudno wyobrazic sobie cel. Porownujemy organa scigania, wymiar sprawiedliwosci i tutejsza policje. Czy w Polsce, ktorys z Panow policjantow, niech bedzie nawet zwyciezca Zlotej Paly, pofatygowalby sie przyjechac na ogledziny skrzynki pocztowej? Wczoraj przyjechal do sasiada funkjonariusz policji, aby obejrzec przewrocona skrzynke pocztowa przez jakies miejscowe dzieciaki. Robil zdjecia, przepytywal mieszkancow, wygladal bardzo powaznie i dostojnie: wysoki, w ciemnych okularach, ze spluwa przy pasie. Samej mi ciarki przeszly. Podziwiamy perfekcyjna structure spoleczno-polityczna, niemal germanski porzadek, i to poszanowanie dla jednostki, dla jej rozwoju, ktory przynosi nadzieje na realny sukces. Albo inny przyklad: Tom i Sam – kochaja sie i nie musza sie tego wstydzic. Jedna plec, a jednak nikt im tego nie wytyka. Tak bardzo zaluje naszej kochanej Polski rzadzonej przez dumnych nieudacznikow i zaczetsiewionych ksenofobow. Ale jak tutaj jej pomoc skoro nam narodowi emigrantow ostatnio wmowiono: gdzie chleb tam ojczyzna. W koncu otworzyli nam granice obfitej UE, wrzeszczac: tam sie rozwijajcie, na nich polegajcie, i zostawcie te Polske w cholere! Ciekawe czy moi rowiesnicy rozumieja co czuje w drodze na wakacje.
środa, 21 lutego 2007
Perfekcjonista w Cafe
Wczoraj wybralam sie do café sturbucks. Uwielbiam cydr z karmelem – napoj cieply, cos w rodzaju soku jablkowego z mleczkiem i miodem. Pycha. Przytulna atmosfera, cos w stylu wieczornego relaksu przy mglistym swietle lampy w domowym zaciszu. Brakowalo tylko skwierczacego paleniska. Niektorzy rozlozeni na kanapach, inni konczyli jeszcze projekt zawodowy z dzisiejszego dnia. Laptopy, ciasteczka, amerykanska siec, kawusia. Moja sielanke zapaskudzil starszy Pan, ktory stonowanym glosem medrca stwierdzil: “Sa na tym swiecie ludzie glupi. Faktycznie, jest ich zbyt wiele.” Przyprawil mnie tym zdaniem o poczucie winy, bo do niedawna tez tak myslalam. W istocie – nie ma wiekszej radosci dla glupiego, jak znalezc glupszego od siebie. Byl okres, kiedy zaczytywalam sie w dostojnym Dostojewskim i wtorowalam jego afirmujacej czlowieka filozofii, ale minely szybko kiedy weszlam miedzy ludzi i poczulam na wlasnej skorze, ze rzeczywiscie nie zawsze zalezy im, aby szlo mi jak po masle. Pozniej juz tylko denerwowalam sie, buntowalam, krzyczalam o wygladzenie ludzkich wad. Bo nie czulam sie z nimi bezpiecznie. Dzisiaj szukam pracy. Przegladam oferty, wysylam CV, chodze na rozmowy, czytam rady specjalistow. Dowiedzialam sie od nich, ze aby wypasc na piatke musisz miec idealna osobowosc. Perfekcyjne cechy charakterologiczne. Zapytana o wady, paradoksalnie masz za zadanie opowiedziec o swoich przywarach w kategoriach zalet. Pewnie chca czlowieka wypolerowac i poczesac, aby wpasowal sie w ich poukladany, symetryczny i bezpieczny kosmos. Zamierzam byc psychologiem jak dorosne. Jestem swiadoma rozleglosci tej naukii i jako wtajemniczona powinnam potrafic przechytrzyc mojego interlokutora. Jest przeciez wiele przebadanych i sprawdzonych sposobow na zycie w spoleczenstwie – jak sie w nim poruszac swobodnie i byc odebranym pozytywnie. Czy jednak dzieki nim osiagamy poczucie swobody? Mysle sobie, ze wsystkie te fortele nie bylyby potrzebne, gdybym… zaczela zmieniac swiat. Ale, zeby zmienic swiat musialabym zmienic podejscie ludzi do niego. Zmienie wiec podejscie ludzi do swiata. Wpoje im, ze akceptuje ich takimi jakimi sa – dobrzy i zli – po prostu skomplikowani. Zdejme plaszcz perfeckjonizmu z mego ciala. I pojde naga w kierunku akceptacji. Wroce do Dostojewskiego, pewien profesor probowal mi go kiedys obrzydzic: Wielki Dostojewski - rozpoczal iroicznie - znawca ludzkich dusz, filozof, medrzec, hazardzista, prawdopodobnie zgwalcil dziewczynke. Nic dodac nic ujac. Z dzisiejszej perspektywy mysle sobie, ze profesor pewnie mial problemy z pogranicza perfekcjonizmu i akceptacji. Osadzil czlowieka i tym samym poprawil swoj status naukowca oraz poczucie osobistej wartosci. Ale coz, ludzie sa rozni. Zaluje tylko, ze nie spotkalam w café sturbucks niskiego, korpuletnego i prawdopodobnie bezlitosnie brzydkiego Sokratesa, ktory poprawilby moje ego, mowiac: Blad jest przywilejem filozofow, tylko glupcy nie myla sie nigdy.
wtorek, 20 lutego 2007
Femina sapiens i Matka Ziemia
Juz 6 miliardow ludzi dzisiaj. Za niespelna sto lat liczba ta sie podwoi. Ziemia nie wytrzyma naszego naporu: autostrady budowane w najpiekniejszych miejscach swiata – mam na mysli batalie o doline Rospudy, samochody – czolgi dla jednej osoby, zwlaszcza w Stanach Zjednoczonych ciesza sie powodzeniem, tony puszek coca-coli i torebek plastikowych z Tesco. Na domiar tego obchody walentynek – znam wielu, ktorzy uraczyli Planete Ziemie, po tymze romatycznym dniu, kolejnym Homo Sapiens. A co z Dniem Ziemi – o tej Mamie sie juz nie pamieta?! Zastanawialam sie bardzo powaznie nad tym problemem. I w koncu znalazlam rozwiazanie. Zorganizuje Ruch Na Rzecz Poliandrii! (Poliandria z greckiego polys - "liczny" oraz andros - "mezczyzna".) Optuje zatem za zwiazkiem malzenskim jednej kobiety z wieloma mezczyznami. Jak Szoszoni czy Tybetanczycy, kobiety beda dzielic swoj los z wieloma mezczyznami na raz, aby w ten sposob przyczynic się do zmniejszenia przyrostu naturalnego. Nie jakas tam monogamia, czy poligamia, albo jeszcze lepiej, multilateralizm, czyli wielogamia i braterstwo wszystkich boskich dusz. Wlasnie Poliandria moze uratowac swiat przed inwazja czlowieka i powaznymi tego konsekwencjami! Powiem wiecej. W koncu wszystkie feministki - brzydule beda mogly zamknac swoje szanowne jadaczki i nie denerwowac swoim babskim I nonsensownym gadaniem reszty tego swiata. Beda mialy co chcialy. Widzialay galy co braly. Teraz nie znajda juz zadnego glupiego argumentu na swoja obrone. W encyklopediach wspomni sie np. o Pani Hannie Gronkiewicz -Walz, ktora miala 700 mezow i 300 konkubinow. Do tej pory tylko czcigodny Salomon mogl sie poszczycic takim dorobkiem. W koncu przestana zalic sie nad swoja niedola i bezpodstawna niesprawiedliwoscia patriarchow jak im przyjdzie dzielic los biednych mezczyzn z dawnych starozytnych czasow i placic slone pieniadze na utrzymanie takiego wspolmalzonka. Zgodnie z prawem o tzw. malzenstwie pluralistycznym Smitha - Mormona, każdy zdrowy mężczyzna za zgodą pierwszej zony miał obowiazek, w miare mozliwosci finansowych, przyjac do rodziny kolejne kobiety. To dopiero mialyby co robic, jak trzeba by bylo spedzic wieczor z tylko jednym mezczyzna, a mialyby ich powiedzmy 14. Nie uganialyby sie po zjazdach Ligii Kobiet i afrykanskich wioskach, gdyby musialy dla kazdego z nich zarezerwowac inny dzien tygodnia lub miesiaca. A zorganizowac kazdemu mezowi własny pokoj lub nawet dom. A wybrac w supermarkecie delikatna bielizne o rozowym odcieniu na kazdy dzien. Odechcialoby sie Wam feministki tego rownouprawnienia! Jak widac wiele dobrego plynie z mojej inicjatywy. Ruch Na Rzecz Poliandrii (RNRP) zaprasza zatem dzialaczy I dzialaczki, ktorym bliska jest milosc do Matki Ziemi. Celem RNRP jest wyksztalcenie poczucia obowiazkow globalno- ekologo-kosmopolitycznych tak, by czlonkowie na kazdym stanowisku i z kazdej perspektywy starali sie byc pozyteczni Matce Ziemi.
środa, 14 lutego 2007
Amerykanski sen - prawa i obowiazki
W Stanach Zjednoczonych uczucie wolnosci ma tylko ten, kto posiada dom i troche ziemi wokol niego. I to tez pod pewnym warunkiem. Jezeli dasz namowic sie na podpisanie covenants, czyli umowy ustalajacej osiedlowe prawa i obowiazki, wladze osiedla moga nie wyrazic zgody na przemalowanie twojego gniazdka na powiedzmy kolor rozowy. Na terenie swojej posiadlosci mozesz nawet sciac drzewo. Tak, drzewo, 10letnie, 100letnie, 1000letnie, jak cie sie zywnie podoba. Mozesz zmienic olej na podjezdzie. Gdybys probowal zrobic to w ustronnym miejscu, np. na parkingu, moglbys zaplacic sowity mandat. Mozesz nawet przespac sie w samochodzie przy wjezdzie do garazu. To mogloby byc zaliczone do snu lub drzemek w samochodzie podczas powiedzmy wycieczki krajoznawczej. Jednym z powodow, dla ktorych moj przyjaciel nie chce odwiedzic USA jest zakaz zatrzymywania sie na poboczu i ucinania sobie tam drzemek. Mozesz pochodzic dookola osiedla, bo tylko tam sa chodniki (przynajmniej w Atlancie). Mozesz zaprosic kilku przyjaciol na ognisko, co prawda o okreslonej porze roku, choc glupio to wyglada przed sasiadami. Banda gawiedzi trzymajaca kielbachy na kijach spiewa w kregu szamanskie piesni: Szumi dokola las, czy to jawa czy sen. Barbarzynstwo.
Nie mozesz natomiast: kochac sie w lesie przy trelach ptakow, zapuszczac trawy do 10cm (o ile posiadasz dom), parkowac na trawie przed domem, nie ogladac super bowl, nie swietowac Walentynek.
Juz wczoraj robiac zakupy w sklepie spozywczym przezylam psychiczny dyskomfort zwiazany z psychologia tlumu i tym samym brakiem poczucia mentalnej wolnosci. W terminologii psychologicznej mozna by to nazwac dysonansem poznawczym, a prosciej, kolokwialnie, za pomoca powiedzenia: nie wiedzialam, jak ta zaba, czy byc madra czy piekna (na marginesie - bardzo lubie to zdanie i nie ja je wymyslilam. Znajomosc powiedzenia zawdzieczam mojej kolezance). Zatem, moj dyskomfort spowodowany byl tlumem ludzi kupujacych czerwone balony w ksztalcie serca, rozowe czekoladki, wykwitne wina, kwiaty z serduszkowymi dekoracjami, wielkie truskawki w czekoladzie. Istne szlenstwo. Ludzi tyle jak w polskim Tesco przed swietami Bozego Narodzenia. Stalam i patrzylam oslupiala – nawet nie pomyslalam, zeby slowo balon wpisac na moja liste zakupow. Wszyscy swietuja, a ja jak ten odludek laduje do koszyka chleb I piersi z kurczaka. Co prawda dostalam kilka telefonow od znajomych w przeddzien walentynek, ktorzy z duma informowali mnie, ze wybieraja sie na kolacje do restauracji w ten jakze wazny dzien, ale nie przejelam sie tym zbyt mocno. Pewnie dlatego, ze wedlug mnie byly to odosobnione przypadki. Nazajutrz zaczelo sie od samego rana. Rozdzwonil sie moj telefon. Radosci i milosci w Dniu Swietego Walentego zyczyli mi najblizsi, znajomi, wsplpracownicy. Czulam sie jakbym przespala jeden z wazniejszych momentow w moim zyciu. Gradacja uczuc mna szarpala: wpierw uderzylo poczucie winy – wszyscy swietuja i o mnie pamietaja, choc dlaczego wlasnie dzisiaj (?) – a co z Dniem Ziemi, a pozniej wyrzut na temat mojego nonkonformizmu – znowu na abarot, co nie daj Boze, mogloby potwierdzic moj brak sympatii w kierunku komercyjnych swiat amerykanskich (moj maz by to uscislil – w kierunku USA). Walentynki wciaz trwaja. Hmmm, chyba zadzwonie do meza i powiem mu po raz kolejny, ze go kocham. Moze w ten sposob zniweluje gniezdzace sie, nie do zniesienia poczucie dyskomfortu psychicznego zniewolenia. Choc, jako nonfonformista musze sie trzymac, zeby nie dac sie marketingowej propagandzie USA i nie kupic misia z serduszkiem w pobliskim supermarkecie.
